Skip to content
narrow screen wide screen auto screen Increase font size Decrease font size Default font size blue color orange color green color

EKONOMIK TRAVEL

Drukuj Email
Wyprawy kajakowe
poniedziałek, 29 lipca 2013 08:50

Lubben - Teupitz, czyli Spreewald kajakowo, lipiec 2013.

widok na jezioro
Po trzech wyjazdach rowerowych do Spreewaldu, postanowiliśmy wyprawić się tam w celu odbycia podróży drogami wodnymi. Tych dróg jest sporo. Oprócz Szprewy,to  bogata sieć kanałów z systemem śluz, ciągi jezior oraz rzeka Dahme.
Problem wyboru szlaku wiązał się z logistyką dotarcia z końca wyprawy do początku po samochód. Wybór padł na Lubben jako miejsce startu i jezioro Teupitz jako koniec. Stało się tak, ponieważ obie miejscowości leżą przy szlaku kolejowym Berlin – Cottbus. Pociągi jeżdżą tam co godzinę. Dodatkowo obciążeni byliśmy koniecznością dotarcia w niedzielę 14 lipca na godz. 16-tą pod dworzec w Dreźnie, skąd odbieraliśmy koleżankę z dzieckiem i bagażami z Tanzanii. Wszystko musiało zagrać bez pudła. I zagrało !.


Szlak wybrany to: Lubben – start, Szprewą na północ do rozwidlenia szlaków w Leibsch, planowany biwak na kempingu na jeziorze Neuendorfer See. Następny dzień powrót (pod prąd ?) do Leibsch i wpłynięcie na szlak do Prieros a następnie na południe ciągiem jezior do Teupitz. Na końcu artkułu jest mapa naszej trasy.

Informacje dotyczące samego szlaku z Lubben do Leibisch były dość ogólne, jako że tylko część szlaku do Schlapzig jest opisana w przewodnikach. Musieliśmy być zatem przygotowani na biwakowanie „na dziko".

Postanowiliśmy przyjechać do Lubben w poniedziałek a wypłynąć z samego rana we wtorek. Popołudnie spędzilismy na rozpakowaniu, przepakowaniu i spacerze po mieście. Podczas wcześniejszych pobytów nie zauważyłem symboli pozostałości po II wojnie. Jest to cmentarz "wyzwolicieli" i pamiątkowe miejsca po tamych wydarzeniach. Niby nic dziwneego, ale miejsca te są zadbane i nie ma śladów dewastacji.

cmentarz

Poniżej tablica pamiatkowa po tym, jak radziecki żołnierz uratował z rzeki dwóch topiących sie młodzieńców. Prawdopodobnie topiących się, gdyż napis mówi : "W ramach podziękowania i uczczenia pamięci radzieckiego żołnierza Piotra Daniilowicza Maksymczuka za uratowanie 2 młodych ludzi w wypadku, pracownicy fabryki uwiecznili to pomnikiem "

 

pyta pamiatkowa

Wypływanie na nieznany szlak po południu uznałem za pomysł zbyt ryzykowny. W końcu to wakacje a nie gonitwa za ostatnim promieniem zachodzącego słońca. Kemping w Lubben jest bardzo przyjazny wodniakom, gdyż posiada slip kajakowy i łatwe dojście z kajakiem do brzegu. 

kemping w lubben

Łódkę przygotowaliśmy do slipu w poniedziałek, teraz więc pozostało odstawić samochód na bezpłatny parking i wodować.
Po wrzuceniu łódki na brzeg, starszy pan z drugiego brzegu wąskiego kanału zwrócił uwagę na brak numerów rejestracyjnych na łódce (?!). Powiedział, że nawet silników elektrycznych używać na Szprewie nie wolno i oczywiście policja to wyegzekwuje. To mnie trochę podłamało, gdyż nigdzie nie spotkałem takiej informacji przygotowując wyjazd. Poszedłem do recepcji kempingu i zapytałem co mam robić ? Sympatyczny i uczynny kierownik obiektu znalazł sposób. Nakleił numery przydzielone kajakom kempingowym i powiedział, że jakby co, to łódka jest z Lubben.

numer burta

nalepka

Oczywiście informacja o silnikach elektrycznych okazała się nieprawdziwa, za to rejestracja i posiadanie numerów dotyczy wszystkich obiektów pływających na wodach całych Niemiec, co kierownik (wychowanek DDRu) skwitował wymownym gestem śrubowym nadgarstka w okolicy skroni. Z podobną reakcją na inne przepisy „porządnych" Niemiec spotkaliśmy się jeszcze raz pod koniec dnia. Do tej pory nie wiem jak legalnie pływać w Niemczech własną łódką (kajakiem, kanu) ?

Po tych problemach w końcu spakowaliśmy łódkę i wypłynęliśmy z Lubben pokonując pierwszą śluzę. Przy okazji, wszystkie śluzy jak i inne przeprawy (na wózkach szynowych) są bezpłatne i, w większości, obsługiwane samodzielnie przez kajakarzy. Od Lubben rzeka płynie szeroko i nurtem ok. 2-3 km/h. Przez cały pierwszy dzień używaliśmy napędu pedałowego, co pozwalało swobodnie operować kamerą. Przeważnie rzeka płynie naturalnym koytem z dzikim ptactwem zamieszkującym okolice brzegów. Od razu zdziwienie wywołał brak ludzi na rzece. Praktycznie byliśmy sami. Pomijając kilka spotkanych lodzi turystycznych tzw khan, nie było w ogóle kajakarzy czy kanuistów ! Połowa lipca, atrakcyjna i promowana kraina, a turyści to przeważnie emeryci. Nie ma się czym martwić, to nawet zaleta. Pojawiły się „rozjazdy" wodne a posiadana mapa nie była zbyt dokładna by wywnioskować którędy płynąć. Na szczęście na brzegu przy rozwidleniach są drogowskazy wraz z oznaczeniem kilometrów do wskazanego celu. Jeden raz postanowiliśmy nie płynąć wskazanym nurtem tylko takim, który, jak wynikało
z mapy, omijał miasto Schlapzig. To był błąd, który mógł zakończyć nie tylko wyprawę, ale doprowadzić do tragedii. Było to tak. Płyniemy i w pewnym miejscu pojawia się odnoga w lewo z drogowskazem do Schlapzig. Odnoga nie dość, że wąska, to jeszcze po prąd. Wpłynąłem w nią, ale stwierdziłem, że to nie może być główny nurt Szprewy. To zapewne jedna z możliwości wpłynięcia do miasteczka. Po 20 metrach zawróciliśmy z odnogi by płynąć dalej głównym nurtem i ominąć miasto. Za ok 500 m pojawił się most a tuż za nim widoczna śluza. Pod mostem było mocne zwężenie i nurt dość silny. Mieliśmy problem
z wpłynięciem do „poczekalni" śluzy. Tu niespodzianka ! Znak zakazu wpłynięcia. (na mapie na końcu opisu miejsce to zaznaczone jako  „Nieczynna śluza"). Wysiadłem, podszedłem do śluzy i stwierdziłem, że śluza nie była używana od dawna. Co robić ?! Brzegi strome, łódki wyciągnąć nie sposób (można by szosą parę kilometrów przeciągnąć łódkę do właściwego nurtu). Pod prąd, zwłaszcza pod mostem, żadnych szans. Jedyna szansa to złapać linę i przeburłaczyć dokąd się da. Brzegi zarośnięte krzakami, strasznie błotniste (to obszar bagienny). Dana siedzi w łódce i chroni burty przed gałęziami a ja brodząc w błocie ciągnę. Udało się pokonać najgorszy odcinek – most. Potem rzeka była szersza, ale brzegi już nie nadające sią do burłaczenia. Trzeba zaryzykować. Zainstalowałem silniczek elektryczny na II bieg (250 W), my wiosła w garści i ...do przodu. Pokonujemy nurt, płyniemy z prędkością pątnika na kolanach. W końcu dopłynęliśmy do odnogi, z której zawróciliśmy. Wpływamy. Tu nurt też przeciwny, ale znacznie słabszy. Po ok 700m dopływamy do rozwidlenia szlaków i śluzy. Spotykamy młodych ludzi płynących dwoma kanu. Razem przepływamy śluzę. Nie posiadam ani jednego zdjęcia ani filmu z tych dramatycznych chwil, gdyż nie było okazji by choć na chwilę uwolnić ręce do kamery.

Tu odrobina wyjaśnienia. Ten ślepy nurt rzeki prowadzi w obszar bagien i nieużytków, ktore służą jako naturalne poldery zbierające nadmiar wody. Dlatego w Brandenburgii w Szprewaldzie nie ma powodzi. To obszar doskonale kontrolowany dzięki  systemowi kanałów i śluz oraz jazów. Jak nam potem wyjaśniono nie można tam pływać, gdyż poziom wody może tam nagle podnieść się, a nurt może być bardzo wartki. Przekonaliśmy się o tym na postoju
w Leibsch, gdzie mieszkaniec tego miasteczka (pan koszący kosą swoją łąkę przy pomoście) pokazywał nam poziom wody na filarach mostu z wczoraj; był o 40cm wyższy. Gdy biwakowaliśmy w Neuendorf Am See, wieczorem pomost był 10cm pod wodą, a następnego dnia rano (ok 9tej) 10 cm nad lustrem wody.
Biwakowanie w Neuendorf Am See było wynikiem rozsądku, gdyż aby zrealizować zamierzony przebieg podróży, należało wrócić do śluzy, którą przeprawialiśmy się wczoraj, po prąd ok 3 km,  pokonać sąsiednią śluzę i wpłynąć na kanał do jez. Köthener. Nie znaliśmy jednak żadnych miejsc kempingowo-biwakowych na wybranym szlaku, a biwak na dziko nam się nie uśmiechał, więc zaryzykowaliśmy powrót pod prąd na właściwy szlak w zamian za pewny biwak w Neuendorf Am See.

spreekan

Dana padła po wyczerpującym dniu


SPREEKAHN, taka nazwa miejsca, składa się z hoteliku z restauracją i małego, świetnie wyposażonego pola namiotowego z zatoczką z pomościkami kajakarskimi. Na polu są toalety i prysznic. Toalety wrzutowe, 0,5 € wejście. Pani kelnerka z hoteliku, która oprowadzała mnie po obejściu, pokazała, że po wrzuceniu monety należy patyczkiem zablokować szparę w drzwiach
i korzystać „skolko ugodno" do rana. Trochę to mało niemieckie, ale w końcu to dawne DDRy i mentalność „socjalistyczna" mocno jeszcze się trzyma . Podsumowując, bardzo przyjemne i przyjazne miejsce. Naładowaliśmy akumulator
i telefony w toaletach a rano zjedliśmy w hoteliku śniadanie ze szwedzkiego stołu za 7€/osoba. Koszt pobytu wyniósł 8€ (pobyt) + 14€ śniadanie = 22€/2osoby. Drogo ?

Rano spakowaliśmy się i po wspomnianym śniadaniu spuściliśmy łódkę na wodę przy pomoście, który wczoraj wieczorem był jeszcze pod wodą a dziś rano można było przy nim wsiadać do łódki. Poziom wody opada zatem i prędkość nurtu jest mniejsza. To dobry znak, ponieważ musieliśmy wrócić do śluzy i wpłynąć na właściwą drogę wodną do Prieros. Włączyliśmy silniczek
i wiosła w dłonie. Silniczek swoją mocą pokonywał wsteczny nurt niwelując go, a my wiosłami dawaliśmy napęd. Po godzinie byliśmy przy śluzie.

w luzie


Tu parę zdań, jak obsługuje się śluzę. Najpierw należy wyrównać poziom wody od strony wpływania do śluzy, jeśli akurat wrota są zamknięte. W tym celu należy zamknąć wrota także z drugiej strony by z obu stron były zamknięte. Następnie zamykając lub otwierając zawory we wrotach (z jednej strony zamyka się a z drugiej otwiera) wypuszcza się wodę ze śluzy lub wpuszcza, tak by wyrównać poziom. Potem otwiera się wrota od strony naszej łódki i wpływa do komory śluzowej. Teraz zamykamy wrota i wyrównujemy poziom do tego po drugiej stronie. Otwieramy wrota i wypływamy. Proste. Po kilku śluzowaniach wchodzi w krew. W ten sposób śluzowaliśmy się 6 razy + 2 śluzy z obsługą + 2 pochylnie z wózkiem .
Tak więc po pokonaniu dwóch śluz wpłynęliśmy do kanału do Köthener See. Na jeziorze wiało, więc postawiliśmy żagiel
i pohalsowaliśmy do przystani w Köthen. Tam, przy okazji podładowałem akumulator. Tam też widzieliśmy niecodzienny orazek. Otóż obok naszego PODRÓŻNIKA wpłynął kajakarz. Po chwili okazało sie, że ma bezwład nóg. Wyczołgał się
 i ....złapał stojący obok wózek inwalidzki. Teraz dopiero pokojarzyłem fakty, gdyż zdziwiło mnie, że tuż przy wodzie stoi wózek inwalidzki
a nigdzie nie zauważyłem właściciela. Mało brakowało, a odsunąłbym go o parę metrów, gdyż trochę przeszkadzał przy składaniu pływaków. Zaproponowałem pomoc kajakarzowi, ale nawet nie zareagował. Sam wyciągnął kajak z wody, zapiął kółka i podciągnął dalej. Widać to na filmie. Jak sobie poradził dalej – nie wiem. Odpłynęliśmy. Po wpłynięciu w kanał do Prieros zrobiło się trochę nudno; proste odcinki, tak samo wyglądające brzegi. Wkrótce jednak nastąpiło urozmaicenie. Dopłynęliśmy do progu wodnego bez śluzy. Zanosiło się na przenoskę, gdy po wyjściu z łódki i próbie lustracji sytuacji, ukazał się mały tunelik po mostem, wąski tor szynowy i na nim wózek. Wszystko jasne. To mała pochylnia transportowa dla małych łódek.

pierwsza pochylnia


Poruszanie liną takim wózkiem nawet pustym to nie małe wyzwanie. Na szczęście z przeciwnej strony płynęły dwie łodzie wiosłowe z 4-osobowymi mieszanymi osadami, które przeprawiały się a panowie z tych osad pomogli pociągnąć naszą łódeczkę.
Za niewiele czasu pojawiła się następna przeszkoda: kaskada wodna o różnicy poziomów 7 m. To niewielkie miasteczko Markisch Buchhotz. Tu także była pochylnia z wózkiem tyle, że z napędem elektrycznym.

pochylnia 2


Widać to dobrze na filmiku, więc nie ma co opisywać. Ze względu na długość toru i łuki, na trasie pochylni były dwie wyciągarki i należało się w połowie drogi „przepinać".
Po przeprawie Dana poszła do miasteczka wybrać pieniądze z bankomatu i zrobić jakieś zakupy np. piwo, a ja w tym czasie obserwowałem most, po którym co jakiś czas przejeżdżały duże ciężarówki z przyczepami załadowanymi klocami drewna
w jedną stronę i puste w drugą. Zwróciłem na to uwagę, gdyż na postoju poprzedniego dnia w Leibsch pan z kosą pokazując przejeżdżające załadowane drewnem ciężarówki objaśnił, że to drewno wożą z Polski, Ukrainy, Białorusi i innych państw wschodnich do potężnych tartaków, które przerabiają je na zrębki do opalania elektrowni by realizować program „ekologicznej" produkcji 12% energii elektrycznej jako energii odnawialnej. To najgłupszy, po krzywych bananach, pomysł unijnych urzędasów.

drewno


Przyszła Dana z zakupami i... bez pieniędzy. Bankomat wyrzucił błąd po włożeniu karty. Pani w sklepie powiedziała (znała trochę angielski – Dana po niemiecku „nichfersztejen"), że może brakło pieniędzy. Gotówka była niezbędna, gdyż na kempingach płaciło się z reguły gotówką. Teraz należało zdecydować co dalej. Na mapie nie było zaznaczone, gdzie są i czy są w Markisch Buchhotz pola biwakowe. Godzina była ok 18-tej, do Prieros żadnych szans dopłynąć przed zmierzchem. Za przeprawą 20 m był pomościk do cumowania kajaków a na brzegu wśród pary drzew stoliczek z ławeczkami, postanowiliśmy za kupą chrustu rozbić namiocik i przenocować.

2013-07-11 06.26.39

Rano ok 7-mej skasowaliśmy obóz, zjedliśmy śniadanie, a ja poszedłem gdzieś naładować akumulator. Obok była wypożyczalnia kanu i kajaków więc, myślę sobie, pewnie pozwolą podpiąć się do prądu. Jakież było moje zdziwienie, gdy pani w wieku ok 25 lat zdecydowanym i niegościnnym NEJN odmówiła. Poprosiłem o to w najbliższym domu przy moście i starszy, uprzejmy pan wskazał gniazdko w ogrodzie, gdzie podpiąłem ładowarkę.
Następnie poszedłem do bankomatu i...z moją kartą także ten sam komunikat. Nie wdając się w szczegóły w Prieros wyszło, że w bankomatach w tym systemie obsługowym należało kartę włożyć odwrotnie niż u nas. Takie zamieszanie spowodowane rutyną i przyzwyczajeniem.
Po spakowaniu łódki, odebraniu akumulatora i wypłynięciu okazało się, że nieopodal „za rogiem" są dwa prywatne, małe, ale dobrze wyposażone kempingi. Tak bywa. Pogoda zgodnie z prognozą trochę się popsuła, tzn było ciepło ale pochmurno
i pokapało ok 5 min. Było jednak nadal niezwykle uroczo i pusto, zupełnie pusto. Po drodze była jedna śluza obsługiwana przez obsługę (bezpłatna) a w Prieros następna. W prieros jest rozwidlenie dużych szlaków wodnych: na lewo do Teupitz a na prawo w świat (dosłownie).

rozwidlenie

Tu przycumowaliśmy. Dana poszła na zakupy i po kasę. W markecie przy kasie pracowała pani z Polski (prawdopodobnie obywatelka Niemiec) więc trochę sobie panie pogadały (tu wyjaśniło się z tym bankomatem).
Teraz popłynęliśmy znanym i popularnym, zwłaszcza dla motorowodniaków, szlakiem jezior i kanałów do Teupitz. Po wyjściu na otwarte jezioro wrzuciliśmy żagiel i sunąc lekko przy półwiaterku wieczornym oraz rozkoszując się zimnym jeszcze piwem, wypatrywaliśmy odpowiedniego kempingu. W końcu wybraliśmy kemping z wysoką, piaszczystą skarpą, gdzie z namiotu można podziwiać jezioro i kąpać się z piaszczystej plaży.

widok na jezioro

Miejsce było tak urokliwe, że zmodyfikowaliśmy plany i postanowiliśmy zostać do końca czyli do niedzieli a był czwartek. Do Teupitz popłynęliśmy w sobotę. Było słonecznie i wietrznie, więc „obskoczyliśmy" całą drogę w jeden dzień.

uniesiony pywak

Aż do Teupitz nie ma śluz są za to lincze kanały i kanaliki z mostami, pod ktorymi zdejmowalismy maszt. Na jeziorze widzieliśmy przycumowane na stałe dwie duże barki.


barki


To dowód na to, że szlak jest na tyle szeroki, że można stąd dostać się do morza. W przystaniach i marinach, których tu sporo, widać przeważnie jachty motorowe. Przeważnie duże i dobrze wyposażone pływające mieszkanka. Widzieliśmy też sporo składanych kajaków. Są w Niemczech bardzo popularne.


W piątek zrobiliśmy dzień wędrówkowy; w końcu od wtorku siedzimy w łódce od rana do wieczora. Poszliśmy do Gross Koris (7km) zobaczyć jak kursują pociągi i gdzie kupić bilet. Pociągi kursują co godzinę a bilet do nabycia u konduktora. Tak więc
w niedzielę rano wyruszyłem po samochód. Pociąg, i organizacja kolei zrobiła na mnie wrażenie. To kolej podmiejska Berlin – Cottbus z wagonami, o których nasze koleje expresowe mogą pomarzyć.

wagon

W sumie od wyjścia z kempingu upłynęło 2 godz. i byłem zurűck. Teraz zapakowaliśmy PODRÓŻNIKA na dach i powoli ruszyliśmy, żegnajac się z uprzejmą obsługą kempingu. W taki sposób kilkudniowa wyprawa PODROŻNIKIEM dobiegła końca. Pozostały wspomnienia i nowe doświadczenia. Z pewnością wrócę tam, ale popłynę inną drogą, a jest ich wiele. Tu można zobaczyć nasz przebieg na mapie:


Pokaż Bez tytułu na większej mapie


Zachęcam wszystkich do takiej wyprawy. Tu jest filmowa relacja:


 

Polecamy

polecamy




 

Ubezpieczenia on-line:

logo

 

dragons den logo

 

 

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 4 gości